Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Turcja - skrzyżowanie Wschodu i Zachodu

 
Witamy w Turcji! Razem z mężem wybraliśmy się rok temu do Turcji, a ponieważ wolimy przygody od leżenia całymi dniami przy hotelowym basenie, wybraliśmy się na tygodniowy trekking w górach Taurus. Była to wspaniała okazja do poznania innego oblicza tego kraju, zdecydowanie mniej turystycznego, i zajrzenia nieco w duszę mieszkańców Licji. Przez tydzień bowiem spacerowaliśmy po górskich szlakach rejonu Antalii, gdzie turyści rzadko kiedy zaglądają. Mieliśmy szansę mieszkać w domach miejscowych wieśniaków, którzy podbili nasze serca swoją gościnnością. Zanim jednak wyruszyliśmy w góry, spędziliśmy dzień w miejscowości o nazwie Fethiye, która jest także portem.
 
To z Fethiye właśnie wyrusza się na rejsy po Morzu Egejskim tradycyjnymi łodziami tureckimi, zwanymi „gulet“. Miasteczko to jest dosyć turystycznym miejscem z niezliczoną ilością restauracji, kawiarni i sklepów pamiątkarskich
 
Na każdym kroku czuje się na plecach wzrok „Ojca Narodu“, wielkiego tureckiego przywódcy i założyciela współczesnej republiki, Mustafy Kemala Ataturka. Wszędzie bowiem w Fethiye powiewają dumnie flagi tureckie, w ważniejszych punktach stoją pomniki poświęcone bohaterom narodowym, a sam Ataturk spogląda na przechodniów z setek plakatów zawieszonych w tym mieście.
 
Naszą wyprawę rozpoczęliśmy w Tlos, miejscu, które uznawane jest za najważniejsze centrum religijne starożytnych Licjan. Tu bowiem czcili oni swoich bogów i mitycznych bohaterów, a także chowali zmarłych w grobowcach przypominających małe domki lub odwrócone do góry nogami łodzie.
 
Takie skarby znaleźć można w Tlos na każdym kroku. Czy to kolumna, czy fragment wejścia do świątyni, ukryte są malowniczo pomiędzy trawami i drzewami figowymi. Tlos sąsiaduje ze współczesną wioską Yaka, a starożytny amfiteatr położony jest u podnóży czyjegoś pola uprawnego!
 
Taki widok wcale nas nie zdziwił, a mentalność ludzka bywa przewidywalna. Cóż z tego, że Tlos to jedna z perełek historii, wszystko można wykorzystać albo jako budulec, albo jako przechowalnię dla traktorów!
 
Często przechodziliśmy przez czyjeś pola uprawne lub sady owocowe. Soczysta zieleń tego sadu z drzewami brzoskwiniowymi cieszyła nasze oczy, a dojrzałe owoce kusiły nasze podniebienia!
 
Aż chciało się zerwać kilka kiści, ale wiadomo, że nie wolno ograbiać gospodarzy z plonów…
 
Dobrym zwyczajem jest zdejmowanie obuwia przed wejściem do domu.
 
Takie widoki cieszyły nasze oczy każdego dnia.
 
Ten kłapouchy koziołek był nadzwyczajnie grzeczny i cierpliwie pozował nam do zdjęć.
 
Pierwszej nocy zatrzymaliśmy się w wiosce Bagliagaç, a nasz gospodarz Sulejman i jego żona udostępnili nam dom swego syna. Wnętrza mieszkań są niezwykle skromne. Zazwyczaj są w nich tylko kanapy i kolorowe dywany na podłodze. Jeśli jest bieżąca woda, można zaznać luksusu szybkiego prysznica, ale toalety stanowią tradycyjne dziury w ziemi, przed którymi zachodni człowiek drży ze strachu. Śmieszne, jak do takich rozwiązań można się szybko przyzwyczaić! Zwyczajem wśród tradycyjnych Turków jest podawanie posiłków swoim gościom, które je się na podłodze. Gospodarze nie jedli jednak z nami, tylko siedzieli na kanapach i przyglądali nam się, donosząc co chwilę potrzebne składniki. Na początku czuliśmy się nieco nieswojo, zwłaszcza, że był Ramadan i nasi gospodarze głodni musieli patrzeć jak my się objadamy, ale po jakimś czasie pogodziliśmy się z tą zasadą tureckiego savoir vivre.
 
Pierwszy raz w życiu miałam okazję zobaczyć, jak kury układają się do snu na…  jabłoni. Ewidentnie w okolicy grasował jakiś czworonogi amator drobiu!
 
Kolejnego dnia udaliśmy się do wioski Kayacik, gdzie mieliśmy spędzić dwie noce. Po drodze mijaliśmy malownicze lasy sosnowe, jałowce i cedry oraz rozległe pastwiska. Trawa wokół była już niestety mocno wyschnięta pod wpływem prażącego letniego słońca, co nie umniejszało jednak piękna antalijskich wzgórz.
 
Powszechnym zwyczajem jest suszenie na dachach domów różnych owoców i warzyw, takich jak figi czy papryczki. Ostre promienie słońca i suchy klimat letni przyspieszają ten proces. 
 
Mijając maleńkie licyjskie wioski, spotykaliśmy się z miłym przyjęciem mieszkańców, zwłaszcza dzieci. Mimo przesyłanych nam serdecznych uśmiechów i ciekawych spojrzeń, dzieciaki trzymały się jednak na dystans. Rzadko widują tu Europejczyków i są dosyć nieśmiałe.
 
Oto przykład małego cmentarza muzułmańskiego. Na pierwszy rzut oka pochówki te przypominają bardzo chrześcijańskie groby, ale od razu widać, że daty podawane są w dwóch wersjach, według kalendarza gregoriańskiego oraz muzułmańskiego. 
 
Kolejnymi naszymi gospodarzami byli przemili Państwo z wioski Kayacik, Bajran i jego urocza żona Durdu. Tu Bajran pokazuje nam zranionego skrzydlatego drapieżnika, którym się zaopiekował.
 
Ci dwaj chłopcy, wnukowie naszych gospodarzy, byli bardzo ciekawi zachodnich gości. Nie opuszczali nas na krok i chętnie pozowali do zdjęć.
 
Chłopcy upodobali sobie szczególnie jednego z naszych towarzyszy, Kanadyjczyka z wielkimi białymi wąsami. Wciąż wpatrywali się w ten fascynujący biały zarost, tak jakby Joe był z innej planety.
 
Kolejny pyszny wiejski posiłek na podłodze. Jedzenie było świetnie przyprawione i lekkie, a wszystkie składniki były świeże i pochodziły z miejscowych gospodarstw. Bajran i Durdu starali się nas jak najlepiej ugościć. Zazwyczaj ci, którzy mają niewiele, dają z siebie najwięcej.
 
Wieczorem odbywała się ciekawa i zabawna procedura przywoływania na noc kóz do zagrody. Trwało to dosyć długo, bo uparte zwierzęta ani śniły opuszczać zbocza góry. W końcu jednak udało się je nakłonić do współpracy.
 
Oto kolejny przykład suszenia czerwonych papryczek na dachu. W lewym górnym rogu widać panele słoneczne, które służyły do ogrzewania wody w domu. 
 
Oto nasi gospodarze, Bajran i jego urocza żona Durdu. Mimo, że nie byliśmy w stanie porozumieć się po angielsku, a my tureckiego też ani w ząb, uniwersalnym językiem okazały się proste gesty sympatii i uśmiechy. Durdu i inne kobiety w wiosce, choć nosiły bardzo kolorowe i wesołe stroje, głowy jednak obowiązkowo przykrywały chustkami. 
 
Kolejnego dnia wyruszyliśmy na całodniowy spacer po okolicy, a naszym celem był szczyt Eren Tepe (2055 m.n.p.m.).
 
Po drodze mijaliśmy drewniane platformy, na których odpoczywają lub nocują zazwyczaj pasterze. My skorzystaliśmy z cienia i zjedliśmy na jednej z nich lunch. 
 
Byliśmy dosyć zaskoczeni tym, co ujrzeliśmy na szczycie Eren Tepe. Znajdował się tam mianowicie niewielki budynek z betonu, w którym mieszkał główny strażnik okolicy ze swoją starusieńką matką. Głównym zadaniem tego człowieka było wypatrywanie pożarów w okolicy
 
Następnego dnia ruszyliśmy w stronę naszego kolejnego celu, wioski Sogut. Po drodze minęliśmy maleńkie osiedle ludzkie, zaimprowizowane na sezonowe potrzeby pasterzy. Seniorzy zebrali się akurat na jakieś obrady, a może zwykłe plotki?
 
Ponieważ nadchodziła pora południowej modlitwy, panowie przygotowywali się do niej, dokonując rytualnych ablucji przy niewielkiej fontannie, zbudowanej nota bene z fragmentów starożytnych zabudowań. Była to też kolejna okazja do wymiany poglądów na jakiś wielce istotny temat.
 
Kobiety i dzieci natomiast, mieszkały kilkadziesiąt metrów dalej, w dosyć osobliwej konstrukcji namiotowej zbudowanej z kartonów i drewnianych belek. Kobiety te zajmowały się wszelkimi „domowymi“ robotami, czyli gotowaniem, praniem, doglądaniem stada itp.
 
To najważniejszy budynek w tym osiedlu, czyli meczet. 
 
A tak wyglądał nasz spacer – na zmianę w dół i pod górę. Zygzakowaty szlak widoczny na zdjeciu to starożytna droga, wytyczona parę tysięcy lat temu.
 
Dotarliśmy do wioski Sogut, podglądając przy okazji jak młoda kobieta wypełnia jeden ze swych licznych domowych obowiązków – tym razem było to noszenie wody ze studni.
 
Kobiety w tych górskich licyjskich wioskach noszą dosyć osobliwe, bardzo luźne i szerokie spodnie, które przypominają długie spódnice, ale mają i swoje praktyczne zastosowanie, co widać na zdjeciu. 
 
Nasi gospodarze w Sogut zaoferowali nam dwa pokoje swojego domu. W jednym z nich, widocznym na zdjeciu, spali mężczyźni, a w drugim ulokowane zostały kobiety. W ciągu dnia pokój panów służył jako salon, w którym odpoczywaliśmy i jedliśmy posiłki. Nasz gospodarz, Ali, spał na zewnątrz pod gołym niebiem, na ganku, zaś jego dwie córki w kuchni. Byliśmy wzruszeni okazaną nam gościnnością i sympatią, biorąc pod uwagę jak skromnie ci ludzie żyją.
 
Oto turecka różyczka, młodsza córka naszego gospodarza, Nuraj. Dziewczęta, choć nie mają dostępu do najnowszych kolekcji mody i zwyczajnie nie mogą sobie pozwolić na wiele, potrafią wspaniale łączyć kolory, dobierając gustownie barwne chusty do pozostałych części garderoby.
 
Mimo, że znów panowała między nami a naszymi gospodarzami bariera językowa, nie przeszkadzało nam to w nawiązaniu serdecznego kontaktu. Siostry okazały się wdzięcznymi modelkami, cieszącymi się niezmiernie z uwagi, jaką się im poświęca. Trudno było oprzeć się ich naturalnemu wdziękowi.
 
Starsza z sióstr, Durkidin, pełniła rolę pani domu, organizując nam miejsce do spania i przygotowując obiad. W międzyczasie jednak korzystała z okazji, aby pobyć z nami, a przez naszego przewodnika i tłumacza, opowiadała co nieco o sobie. Dowiedzieliśmy się na przykład, że niedługo dziewczyna opuści rodzinny dom, ponieważ była zaręczona i planowano jej ślub oraz przenosiny do domu przyszłego męża.
 
Oto Durkidin, przygotowująca dla nas wieczorny posiłek. Znów zastanawialiśmy się, jak ciężkie musi być gotowanie dla kogoś, gdy samemu trzeba pościć przez cały dzień. Zbliżał się jednak wieczór, więc cieszyliśmy się, że i nasi gospodarze zaspokoją wkrótce głód. Według miejscowego zwyczaju, jedli oni jednak osobno, na ganku przed domem, doglądając tylko co chwila, czy goście mają wszystko, czego im potrzeba.
 
Nasz gospodarz, Ali, był typem stanowczego, nieco zdystansowanego mężczyzny. Czuliśmy, że potrafi być dla córek surowym ojcem, ale jednocześnie widać było, że bardzo je kocha i jest z nich dumny.
 
Tureccy górale lubią chwalić się swymi bujnymi wąsami, które stanowią pewnego rodzaju symbol męstwa. 
 
Turcy, których mieliśmy okazję poznać podczas naszego trekkingu, charakteryzują się nieco wyglądem „macho“ i czasem bywają zdystansowani. Tak naprawdę są jednak ludźmi niezwykle gościnnymi, serdecznymi i ciepłymi. 
 
W drodze do naszego ostatniego celu, wioski Armutagaç, minęliśmy mały wiejski meczecik. Wnętrze jest bardzo przyjemne i wesołe. Na podłodze rozłożone są barwne dywany, a najważniejsze elementy, takie jak mihrab (nisza w ścianie, wskazująca kierunek Mekki) pomalowane są żywymi kolorami, co daje poczucie ciepła i wesołości. Na dolnym piętrze modlą się tylko mężczyźni, zaś górne piętro poświęcone jest dla kobiet.
 
Przed tym skromnym wiejskim meczetem znajduje się fontanna do rytualnych ablucji, a także prosty system nagłaśniający, czyli głośniki, przez które wzywa się wiernych na modlitwę.
 
W ostatniej wiosce, Armutagaç, poznaliśmy naszych ostatnich gospodarzy. Do zdjecia chętnie pozowała mi pani domu, Fatma, która wydawała się być bardzo spracowaną i zmęczoną życiem kobietą. Mimo to, cieszyła się z odwiedzin zachodnich gości, co chwilę zagadując do nas o tym i owym. Mimo, iż czasem chodziła po domu bez chusty, tu starannie zarzuciła ją na głowę.
 
Ojciec, Bekir Sahem, pozujący do zdjęcia z ukochaną najmłodszą córką, Naciye. Dziewczynka była bardzo skromna i nieśmiała, choć prawie zawsze siedziała gdzieś niedaleko nas w jakimś kąciku, ze słownikiem angielsko-tureckim w dłoni, i podsłuchiwała jak rozmawiamy. Podobno Naciye jest najlepszą uczennicą w swojej klasie, a ojciec chwalił się nam, że kiedyś wyśle ją na studia do Anglii. Trzymamy go za słowo!
 
Tekst i Zdjęcia: Agnieszka Eile
 
 
Tags:

Turcja – Na drodze ku regionalnemu mocarstwu

Autorzy: 
Martyna Bojarska

Turcja od lat stawiana jest jako przykład świetnie funkcjonującej demokracji w kraju muzułmańskim. W obliczu wydarzeń Arabskiej Wiosny, w wyniku której państwa arabskie stoją obecnie przed wyzwaniem wprowadzenia zasad demokratycznych w miejsce dyktatorskich rządów, model turecki nabiera jeszcze większego znaczenia. Turcja chce być jednak nie tylko przykładem, ale także regionalnym mocarstwem, stąd też coraz śmielsze posunięcia rządu Recepa Erdogana na arenie międzynarodowej.

 

Reklama