Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Państwo Środka - Fotorelacja

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Grzegorz Kaliszuk
Państwo Środka, bo tak Chińczycy nazywają kraj który zamieszkują, miałem przyjemność zwiedzić w towarzystwie przyjaciół we wrześniu 2010 roku. W ciągu trzech tygodni przemierzyliśmy 7,5 tys. kilometrów w poszukiwaniu przygód, chcąc poznać kulturę, obyczaje, tradycje oraz przyzwyczajenia wciąż jeszcze mało znanego w Polsce narodu. Chiny zadziwiały nas na każdym kroku. Druga gospodarka świata, z największą liczbą ludności o powierzchni 9,6 mln km kw. pozostawia w każdym, kto miał okazję ten kraj zobaczyć, niezmiernie dużą dawkę emocji, zarówno tych najbardziej pozytywnych, poprzez ambiwalentne chwilowe odczucia skończywszy na rozczarowaniu.
 
W naszym przypadku ostatnia z wymienionych emocji dotyczyła jednak głównie wyobrażeń, z jakimi lecieliśmy do Pekinu. Rozczarowanie tutaj jednak należy rozumieć pozytywnie. Niepewność i obawa przed tym co nas czeka już w pierwszych chwilach wyparowały bowiem niczym amfora. Zastaliśmy przyjaźnie nastawionych ludzi, dynamicznie rozwijający się kraj, pełen różnorodności i odmienności, gwarny, tłoczny, jednak nader zorganizowany i zdyscyplinowany.
 
Trzytygodniową podróż rozpoczęliśmy w Pekinie, skąd udaliśmy się do Chengdu, następnie do Lijang, Kunming, Guillin, Yangshoo, Hangzhou skąd, paradoksalnie z największymi problemami dotarliśmy do oddalonego o niecałe 200 km Shanghaju, stanowiącego ostatni przystanek w naszej podróży. 
Poniżej przedstawiam jedynie niewielką część z relacji fotograficznej, jaką każdy z naszego „dream teamu” sporządził w niezwykłym pod każdym względem kraju. Zapraszam serdecznie do odbycia krótkiej podróży po Chinach śladami spragnionej wrażeń Ani, Moniki, Marzeny i Grześka.
 
Pekińska dzielnica hutongów, tradycyjnych chińskich parterowych, szczelnie połączonych budynków, znajduje się zaledwie 5 minut drogi od Placu Tiananmen. To kolorowe, tętniące życiem obszary miasta, w których można spotkać rdzennych mieszkańców Pekinu. To właśnie w dzielnicy hutongów można spróbować prawdziwej chińskiej kuchni w swojskim wydaniu.
 
Ruch na ulicach Pekinu jest niczym nie skrępowany. Zasady ruchu drogowego zdają się obowiązywać jedynie na głównych arteriach. W wąskich uliczkach pierwszeństwo mają rowerzyści, mknący bezszelestnymi bicyklami, napędzanymi silniczkami elektrycznymi.
 
Brama Niebiańskiego Spokoju, główne wejście do Zakazanego Miasta, z centralnie umieszczonym portretem Mao Zetonga, spoglądającego na Plan Tiananmen. To właśnie na tym placu Mao Zetong 1 października 1949 roku ogłosił powstanie Chińskiej Republiki Ludowej.
 
Im mniejsze tym lepsze, to zasada obowiązująca pojazdy, poruszające się po chińskich drogach, szczególnie w miejskim gąszczu.
 
Na Placu Tiananmen organizowane są uroczystości państwowe. To także miejsce pochówku najsłynniejszego przywódcy Komunistycznej Partii Chin, Mao. Budynek po lewej to bowiem jego mauzoleum, gremialnie odwiedzane przez Chińczyków.
 
Wnętrze Zakazanego Miasta może wydawać się nieco monotonne, jest jednak olbrzymie, zaś znajdujące się na jego terytorium budowle zadziwiają kunsztem chińskiej architektury.
 
Niespotykane nigdzie indziej na świecie zawinięte dachy nie pozwalają zapomnieć, w jakim kraju jesteśmy.
 
Zakazane Miasto, dzisiaj można nazwać „miastem komercyjnym”. Niezliczone tłumy przewijają się bowiem dziennie przez plac o wymiarach 960 m x 760 m, na terenie którego znajduje się około 800 pałaców!
 
Zakazane Miasto kończy się bramą południową zwaną także Bramą Boskiej Mocy.
 
Tuż obok datowanego na początek XV wieku kompleksu Zakazanego Miasta błyszczy dach nowoczesnego budynku Filharmonii Pekińskiej.
 
Sztuczne jezioro zbudowane w centralnej części Pałacu Letniego, zwanego także Ogrodem Pielęgnowania Harmonii Yineyuan. Za czasów dynastii Tsing cesarzowa spędzała tutaj letnie popołudnia.
 
Aby urozmaicić sobie czas cesarzowa Cixi kazała wybudować kamienną łódź, której koszt równoważył podobno wartość rocznego budżetu armii chińskiej.
 
Wielki Mur chiński robi wrażenie, szczególnie z bliska. Docenia się bowiem wówczas trud, jaki został włożony w jego budowę.
 
Jak widać spacer po Murze to nie gratka. Buty traperskie to doskonały pomysł.
Podobno zwykle są na grzbiecie muru tłumy ludzi. My mieliśmy szczęście!
 
Liczący prawie 6 300 km Wielki Mur Chiński jest jednak odrestaurowany na niewielkiej długości. Pozostałe odcinki porasta trawa i mech. Nie jest to jednak wada. Są bowiem takie fragmenty muru, które po renowacji straciły swój autentyczny charakter.
 
Chińczycy masowo używają rowerów i motorowerów. Na ulicach to one mają bezwzględne pierwszeństwo zaś zadaniem przechodnia jest umiejętnie przeprowadzić slalom pomiędzy pędzącymi bicyklami.
 
Z Pekinu udaliśmy się do Chengdu, skąd dalej autobusem do miejscowości Leshan, w której znajduje się największy na świecie posąg Wielkiego Buddy.
 
W istocie jest wielki. Mierzy 71 m wysokości, zaś jego wykłucie w skale zajęło robotnikom aż 90 lat. Wielki Budda zwrócony jest twarzą w kierunku zlewiska rzeki Dadu He i Min He.
 
Będąc w Chengdu nie mogliśmy ominąć Ośrodka Rozrodu Pandy Wielkiej. Te urzekające spokojem i sympatycznym wyglądem zwierzęta znalazły w Prowincji Sychuan wygodne schronienie.
 
Sychuan to także pikantna kuchnia. Chengdu słynie z herbaciarni oraz hot pot`ów,
w których można między innymi skosztować w całości upieczonego królika.
 
Herbaciarnia to miejsce relaksu, odpoczynku oraz spotkań towarzyskich. Po nabyciu za jedynie 20 juanów liści zielonej herbaty, można jej kosztować dowoli. O wrzątek troszczą się krążący pomiędzy stolikami bardzo mili „herbaciarze”.
 
Jak widać Chińczycy są z natury weseli i otwarci. Widok białego człowieka robi jednak swoje. Często odnosiliśmy wrażenie, że to my jesteśmy atrakcją danego miejsca wyłącznie z racji na kolor naszej skóry.
 
Chengdu to 5 mln miasto, niczym nie różniące się od nowoczesnych metropolii Europy Zachodniej lub Stanów Zjednoczonych.
 
Z Chengu udaliśmy się do położonego w górach małego miasteczka (1,1 mln mieszkańców) Lijiang. To urokliwa miejscowość zamieszkała przez lud z plemienia Naxi. Tutaj kobiety grają pierwsze skrzypce!
 
Wąskie uliczki ciasno zabudowane tworzą niezwykły klimat. Częste opady deszczu oraz wystające spoza dachów domów korony górskie dodają czaru Lijiang.
 
Rzemiosło uprawiane jest na każdym rogu.
Począwszy od miedzianych naczyń, skończywszy na szlifierce noży i nożyczek.
 
Przez Lijiang wiją się wąskie kanaliki, co przypomina nieco Wenecje.
 
Kobiety z ludu Naxi, szykują się do tańca na rynku miasta. Lud ten łączy w sobie liczne cechy Indian.
 
Warzywa i owoce sprzedawane są prawie wszędzie, a ich różnorodność wykracza daleko poza Europejczyków wyobrażenia.
 
I taniec reprezentantów ludu Naxi rozpoczął się.
 
Mikrobiznes nabiera w Chinach szczególnego znaczenia.
Przy czym porządek zachowuje każdy „przedsiębiorca” respektując prawa wolnego rynku.
 
Pagoda odbita w toni wodnej jeziora urzeka podwójnie!
 
Mali Chińczycy są wdzięcznym obiektem dla fotografa.Można zaryzykować twierdzenie, że są spokojniejsi od swoich Europejskich rówieśników. Wychowanie dziecka w Chinach to zadanie ojca.
Trzytygodniowe obserwacje czterech osób nie mogą chyba mylić.
 
Lijiang ożywa także nocą. Do życia w blasku księżyca budzi się powoli,
jednak później amatorzy clubbingu nie będą mieli powodów do narzekania.
 
Na łąkę jaków wybraliśmy kolejką górską, w wybranym przez nas czasie, nieco opustoszałą. To dodawało jej tajemniczości. W odkrytym wagoniku zawieszonym na jednej linie, zmierzającym na wysokość blisko 5 000 metrów można było rzeczywiście poczuć bliskość natury.
 
Na łące jaków stoi także świątynia, łącząca w sobie cechy tybetańsko-mongolskie.
 
Chińczycy nawet tutaj przewidzieli dla turystów udogodnienia. Przecież spacer po mokrej trawie to nic przyjemnego, prawda? Swoją drogą pusty, mokry deptak drewniany skłania do refleksji.
 
A tak właśnie wygląda jak. Jego mięso oraz jogurty z jego mleka można kupić w każdym, nawet najmniejszym sklepiku w Lijiang. Jogurt ma niezapomniany smak. Polecam!
 
Na wysokości około 3 000 m n.p.m. naszym oczom ukazała się przepiękna przełęcz górska
wypełniona wodą o błękitno-lazurowym kolorze.
 
Taki widok mógłby równie dobrze zostać uwieczniony na Cyprze.
To jednak prowincja Yunnan w południowo-zachodniej części Chin.
 
W tle chowa się przed nami Śnieżna Góra Jadeitowego Smoka. W pełnej krasie widoczna jest jedynie kilka dni w roku. Nam po kolejnej próbie ukazała się prawie cała. Jeżeli zaś Wam się ta sztuka nie uda, nie martwcie się. U bram parku znaleźć można liczną grupę „fotoshopperów”, którzy chmury, zasłaniające górę zdejmą Wam za jedynie 20 juanów.
 
Tutaj zaś można znaleźć życzenia, do których chętni mogą się dołączyć.
 
Mao Zetong, jak w każdym większym mieście, tak i w Lijiang spogląda na włości Partii Komunistycznej.
 
Z Lijiang udaliśmy się w najdłuższą, trwającą ponad 24 godziny, drogę do Yangshoo, położonego
nad urokliwą rzeką Li wśród wapiennych ostańców skalnych.
 
Podróż rzeką Li pomiędzy porośniętymi drzewami ostańcami,
wzdłuż brzegów pokrytych gęstwiną babusów zapierała nam dech w piersiach.
 
Takich widoków nie znajdziemy nigdzie indziej na świecie.
To właśnie stąd pochodzi fotografia uwieczniona na banknocie o nominale 20 juanów.
 
Jedzenie pałeczkami po całym dniu spędzonym w tropikalnej temperaturze mogło stanowić problem, ale nie dla nas.
Po prawie dwóch tygodniach posługiwania się tylko tym narzędziem mieliśmy tą sztukę opanowaną do perfekcji.
 
W trakcie podróży skuterem po bezdrożach chińskich wiosek bez problemu napotkaliśmy,
pracujących przy uprawie ryżu Chińczyków.
 
Wschodzący ryż ma bardzo czysty, nasycony kolor zieleni.
 
Mieszkańcy wiosek, chodź żyją dużo poniżej standardów miejskich cieszą się wszystkim co mają.
Szczery uśmiech babci z wnuczkiem na plecach tylko to potwierdza.
 
Nawet najbardziej wytrwali sprzedawcy owoców i warzyw potrzebują odpoczynku.
Upał Lijinag potrafi być nie do zniesienia.
 
Rower jak widać to nie tylko rekreacja, to często główny środek dostaw.
 
Bataty i jabłka to dość powszechna oferta.
 
Jak nie rowerem to na własnych barkach. Chińczycy radzą sobie doskonale.
 
Z Lijiang udaliśmy się do Hangzhou, oddalonego około 200 km od Szanghaju. Główną atrakcją w mieście jest Jezioro Zachodnie, stanowiące jego centralną część. W Hangzhou mieszka około 8 mln ludzi. Miasto zostało założone w czasach dynastii Qin. Pełniło również rolę stolicy Cesarstwa Chińskiego. Hangzhou odwiedził w XIII Marco Polo i urzeczony pięknem rozciągającej się wokół brzegów Jeziora Zachodniego, wówczas jeszcze niewielkiej miejscowości uznał to miejsce za jedno z najpiękniejszych na świecie.
 
Śmiejący się Budda wyryty w skałach Feilai Feng, to jedna z atrakcji Hangzhou.
 
Jezioro Zachodnie wieczorem zamienia się w bajkowy krajobraz zachodzącego słońca.
 
Na obrzeżach Hangzhou znajduje się Chińskie Muzeum Herbaty. A tak wygląda jej plantacja.
 
Liście herbaty Oolong z bliska.
 
Czas wydostać się do Szanghaju. Kolejka na dworcu kolejowym przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Dobra organizacja i wrodzony respekt Chińczyków wobec ustalonych reguł, powodował, iż kolejka skracała się w szybkim tempie. Jednak nawet tutaj na widok białych twarzy pani w okienku uśmiechnęła się od ucha od ucha, po czym zaraz zniknęła w poszukiwaniu pomocy językowej.
 
W Shanghaju można znaleźć sklepy wszystkich marek świata.
To w końcu wielki ośrodek miejski, biznesowy, finansowy i handlowy.
T również  trzeci po Rotterdamie i Singapurze największy port morski świata.
 
Choć to miasto liczące 20 mln ludzi skutery wciąż pozostają najbardziej popularnym środkiem lokomocji.
 
Biznesowa dzielnica Pudong za wciąż jeszcze często spotykanymi kablami prowadzonymi na wierzchu.
 
I w Szanghaju spotkać można mikroprzedsiębiorców.
 
Stare Miasto, które zostało zbudowane stosunkowo niedawno, jest idealnym miejscem na zakup pamiątek.
 
Perła Orientu, będąca wieżą telewizyjną, stanowi jedną z głównych atrakcji miasta Na Morzu
(takie jest znaczenie słowa Shangahi po chińsku).
 
Nowoczesne wieżowce o niecodziennej architekturze to charakterystyczny element miasta.
 
To nie Manhattan, to Pudong.
 
Widok z 88 piętra wieżowca Jin Mao Tower pozwala zobaczyć całe miasto w ciągu 10 minut!
 
Gęsta zabudowa drapaczami chmur to nie tylko Pudong. Pozostałe dzielnice Shanghaju coraz częściej są nimi udekorowane.
 
Choć kuchnia shanghajska słynie z owoców morza nie mogliśmy się oprzeć chińskim pierożkom.
 
Liczne neony na głównej arterii handlowej Nanjing Road dodają jej uroku i miejskiego stylu.
 
Rowery jak zwykle niezastąpione.
 
Ale i dla Maseratti znajdzie się miejsce ;-)
 
Tłum rowerzystów czeka na zielone światło aby dalej pomknąć wąskimi uliczkami Szahghaju.
 
Jak widać przepisy ruchu drogowego są mało istotne.
 
Pudong widziany z drugiej strony rzeki Huang Pu, przecinającej miasto.
 
Chiny coraz bardziej zdają sobie sprawę ze swojej dominującej już niemal roli w świecie.
Architektura Pudongu odzwierciedla to wyobrażenie. Chiny na tej kopule to istotnie Państwo Środka.
 
Tuż za dzielnicą biznesową wyrastają żurawie szanghajskiego portu.
 
Piżama jest powszechnie noszona bez względu na porę dnia i miejsce. Co jednak ważne, starsi Chińczycy dbają o formę!
 
Wodne miasto Zhangzhou, oddalone o 80 km od Szanghaju, to jedno z kilkunastu takich miasteczek.
Nazywane jest Wschodnią Wenecją.
 
Niektórzy sprzedawcy cenią sobie bardziej spokój i sen niż pieniądze w kasie.
 
Zdaje się, że Wenecja Wschodu lata świetności ma już za sobą, jednak warto ją zobaczyć.
Chińczycy odwiedzają je tłumnie.
 
Kołdry wełniane robione są na oczach klientów.  
Jednak dokumentowanie fotograficzne tego procesu może nie spotkać się z aprobatą.
 
Role gondolierów w Wenecji Wschodu przejęły kobiety.
 
Chińskie restauracje zachęcają różnorodnością wyboru potraw, orientalną kuchnią, przystępnymi cenami
i niezapomnianym, za każdym razem jednak nieco innym ceremoniałem spożywania posiłków.
 
Mamy nadzieję, że tym pokazem choć trochę przybliżyliśmy kulturę i krajobrazy Chin. Zachęcamy wszystkich serdecznie do odwiedzenia Państwa Środka. Podróż zorganizowana samodzielnie pozwala jednak zobaczyć znacznie więcej i poczuć prawdziwy klimat Chin.
 
Zdjęcia i tekst: Grzegorz Kaliszuk
Tags:

Reklama