Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Nowy język Trumpa

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Karolina Dynek

Donald Trump oparł swoją kampanię wyborczą na silnej kontrze wobec Hillary Clinton, także na poziomie języka. Ta strategia zdała egzamin. Przedwyborcza gorączka się jednak skończyła, a prezydent elekt przemówił ludzkim głosem.


Niezależnie od poglądów wszyscy muszą się pogodzić z faktem, że Trump będzie 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Chociaż na ulice wielu amerykańskich miast wyszli protestujący, to nie odwróci tego, jak potoczyły się losy listopadowych wyborów. Wyraziste i nieraz budzące kontrowersje słowa Trumpa sprawiły, że ma on tak samo wielu wiernych sympatyków, co zagorzałych przeciwników. Jednak jak każdy polityk startujący w wyborach Trump wie, że kampania rządzi się swoimi prawami, a objęcie urzędu zobowiązuje do zachowania powagi i wymusza ostrożniejsze dobieranie słów. A politycy chętnie z tego korzystają, chowając się za gładkimi, niezrozumiałymi dla opinii publicznej słowami i nic niewnoszącymi oświadczeniami. 

Obietnice do spełnienia

Powyborcza rzeczywistość z pewnością zweryfikuje obietnice, które Trump składał w czasie 17-miesięcznej kampanii wyborczej. Jednym z jego głównych postulatów jest wzmocnienie amerykańskiego kapitału, a tym samym zwiększenie liczby miejsc pracy, oraz zachęcenie przedsiębiorców, by pozostali w Stanach. Ma w tym pomóc renegocjacja międzynarodowych umów handlowych, takich jak NAFTA o wolnym handlu z Meksykiem i Kanadą oraz układu z krajami regionu Pacyfiku (TPP). Trump krytykował też program Obamacare, nie wiadomo jednak, czy zlikwiduje go zupełnie, czy raczej podda częściowej modyfikacji. Jedną z obietnic, którą przekonał do siebie klasę średnią, jest plan obniżki podatku dochodowego, a także zapowiedź uszczelnienia systemu oraz wyeliminowania ulg podatkowych dla najbogatszych, połączone z deklaracją wsparcia dla małych i średnich przedsiębiorców.

Nie wiadomo, czy powstanie słynny mur na granicy amerykańsko-meksykańskiej, bowiem według najnowszych zapowiedzi na razie ma to być raczej ogrodzenie z siatki. Określenie mur traktować można jako metaforę, która wpisywała się w ostry język kampanii, a skoro ta już minęła, radykalizm Trumpa znacznie zelżał. Chociaż trzeba też zaznaczyć, że ten temat był dodatkowo podsycany przez media. Niemniej zmiana polityki migracyjnej ma wpłynąć na zmniejszenie napływu nielegalnych migrantów do Ameryki, zwiększając bezpieczeństwo mieszkańców, a przede wszystkim zredukować liczbę przestępstw popełnianych przez ludzi, którzy nielegalnie przebywają na terenie Stanów Zjednoczonych. Dla wielu wyborców, którzy postrzegają nielegalną migrację jako poważne zagrożenie, a w ich oczach Ameryka nie jest bezpieczna, głos Trumpa w tej sprawie stał się też ich głosem.

Nim opadły emocje

Zmianę retoryki Trumpa było widać tuż po wygranej, podczas pierwszego przemówienia, w którym z szacunkiem wypowiadał się na temat swojej kontrkandydatki na fotel prezydenta, a co więcej dziękował jej za pracę na rzecz Ameryki. Z drugiej strony w rozmowie przeprowadzonej dla CBS przyznał, że ton jego przemówienia wynikał z pierwszego szoku, że udało mu się dopiąć swego i wygrać.

Wbrew przedwyborczym sondażom była sekretarz stanu nie zdołała przekonać do swojej kandydatury wcześniejszych wyborców Baracka Obamy. Nic dziwnego, że wynik Clinton rozczarował Partię Demokratyczną, która nie przypuszczała, że Trump może wygrać z taką przewagą. Nie zdobyła ona nie tylko poparcia wśród mniejszości i ludzi młodych, lecz także – co podkreślają eksperci – wśród kobiet, których rolę w życiu politycznym akcentowała nie tylko w czasie kampanii, lecz także już po przegranej. W czasie przemówienia, kiedy wynik wyborów był już rozstrzygnięty, powiedziała, że kobietom nie udało się przebić szklanego sufitu, ale trzeba nadal podejmować o to walkę.

Świat w oczekiwaniu

W tydzień po wygranej Trump oraz wiceprezydent Mike Pence wykonali już 30 telefonów do głów państw najważniejszych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Wśród nich są przywódcy Rosji, Wielkiej Brytanii, Chin, Arabii Saudyjskiej i Japonii. Jedną z rozmów Trump odbył z prezydentem Andrzejem Dudą. Według informacji przekazanych przez Kancelarię Prezydenta RP w rozmowie prezydent elekt Trump zapewnił o gotowości do współpracy w ramach sojuszu polsko-amerykańskiego „we wszystkich aspektach”.

W tym czasie w mediach toczy się debata na temat możliwego konfliktu światowego, dla którego polityka nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych może okazać się kluczowa. Od narracji, jaką przyjmie gabinet prezydenta, zależeć będzie odbiór mocarstwa na świecie. Język prezydenckich wypowiedzi pozostaje nie bez znaczenia, to przecież dzięki prostocie przekazu Trump dotarł do przeciętnych Amerykanów, mających dość zawoalowanych mów polityków. Analiza słów używanych przez Trumpa pokazuje, że nie jest on mówcą, którego można by nazwać erudytą – nie wykorzystuje wielosylabowych wyrazów, nie unika też powtórzeń. Jednym z takich słów-kluczy, rozpoznawalnych przez wszystkich śledzących prezydencki wyścig, jest „tremendous” (ang. potężny, olbrzymi), które prezydent elekt powtarzał do znudzenia (por. https://www.youtube.com/watch?v=pFz3Y3Zyt8o). Najważniejsze jest jednak to, czy sztab – i sam Trump – będzie potrafił utrzymać język w ryzach w sytuacjach kryzysowych. Z przeszłości wiemy przecież, że nieuważne słowa mogą śmieszyć, ale też nieraz wprawić w konsternację. Wystarczy przywołać głośne buszyzmy, z których zasłynął George W. Bush podczas dwóch kadencji sprawowania urzędu. Pierwsze wizyty zagraniczne Donalda Trumpa niewątpliwie odzwierciedlą kierunek, w jakim będzie zmierzać Ameryka w następnych latach. Dlatego w głos nowego prezydenta będą wsłuchiwali się wszyscy.

Karolina Dynek

Reklama