Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

 
Podaj swój adres e-mail:
 


Litwa: Kryzys mija, problemy Polaków pozostają

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Martyna Kośka

Pomimo wieków wspólnej historii dzisiejsza Litwa jest dla większości Polaków państwem nieznanym. Niby wszyscy kojarzą, że kryzys nie oszczędził Litwinów, wiedza też o problemach Polaków tam mieszkających. Kojarzą nazwisko wieloletniego prezydenta – Valdasa Adamkusa. I na tym znajomość sąsiada kończy się.

 

 

Valdas Adamkus, który przez wiele lat mieszkał w Stanach Zjednoczonych, dokąd jego rodzina wyemigrowała w poszukiwaniu spokojniejszego życia po wojnie, wystartował w wyborach prezydenckich w 1998 roku. Wcześniej zorganizował kampanię prezydencką innego polityka. Na okres jego prezydentury przypadły negocjacje, poprzedzające wstąpienie do Unii Europejskiej i NATO (do Sojuszu Litwa przystąpiła w 2004 roku, a więc później, niż Polska). Niespodziewanie nie wygrał wyborów prezydenckich w 2003 roku, ale powrócił jako głowa państwa już w 2004 r., gdy zwycięzca wyborów, Rolandas Pakas, został odsunięty od pełnienia urzędu po ujawnieniu jego udziału w aferze korupcyjnej. Adamkus uzyskał zaledwie kilkuprocentową przewagę nad swoją przeciwniczką. Najwyraźniej dwie kadencje prezydentury odpowiadały jego ambicjom, bo w wyborach w 2009 roku nie wystartował, czym zaskoczył nie tylko swych zwolenników. Już w pierwszej turze głosowania zwyciężyła niezależna kandydatka Dalia Grybauskaitė. Ekonomistka z wykształcenia, może pochwalić się m.in. piastowaniem stanowiska ministra finansów oraz komisarza europejskiego odpowiedzialnego najpierw za kulturę i edukację, a następnie za kwestie budżetowe. Pani prezydent dobrze mówi po polsku (podobno nauczyła się go słuchając naszych rodaków, których nie brakuje na litewskich ulicach), czemu dała wyraz w trakcie oficjalnych wizyt w Warszawie.

Gospodarcza huśtawka

Jeszcze w 2007 roku tempo wzrostu gospodarek państw bałtyckich wynosiło w granicach 10% rocznie. Wprawiało to w zdumienie całą Europę. Wzrost płac, hojnie udzielane przez banki (zwłaszcza te zagraniczne) kredyty, inwestycje, które angażowały znaczna część budżetu – wszystko to wcześniej czy później musiało doprowadzić do przegrzania gospodarki. Kryzys, który w 2008 roku rozpoczął się Stanach, uderzył w Litwę z pełnym impetem. Mieszkańcy mogli przyglądać się, jak z dnia na dzień spadają wszelkie wskaźniki gospodarcze. Nikt nie miał wątpliwości – to nie będzie tylko zwykłe osłabienie gospodarcze.

Warto zwrócić uwagę, że w chwili, w której kryzys się rozpoczął, każde z państw bałtyckich było na innym etapie rozwoju. Litwa dopiero zbliżała się do punktu, w którym była Estonia, czyli do apogeum swego rozwoju. W polskich programach informacyjnych coraz częściej pokazywano naszych mieszkających na Litwie rodaków, którzy drżącym głosem wyrażali swoje obawy dotyczące przyszłości. Nie było w tym przesady. W ciągu zaledwie kilku miesięcy bezrobocie sięgnęło ponad 17% . W 2010 r., gdy sytuacja gospodarcza w Polsce stosunkowo się ustabilizowała, nasi sąsiedzi zmagali się z bezrobociem na poziomie 13%. Przedsiębiorstwa zamknięte na początku kryzysu nie wznowiły działalności, administracja publiczna nie zwiększyła zatrudnienia. O około 10% zmniejszono świadczenia emerytalne. Jeszcze w 2009 roku jedna z polskich gazet codziennych poświeconych gospodarce grzmiała: „Gospodarka Litwy najgorsza w całej UE”. W artykule można było przeczytać o kurczącej się gospodarce (12,6% w I kwartale 2009 roku). Prognozy na przyszłość były równie mało optymistyczne – i niestety, w dużej mierze pozostają aktualne. Bezrobocie jeszcze przez jakiś czas ma rosnąć.

Niestety, Litwa wciąż nie odzyskała zaufania zagranicznych inwestorów. Być może boją się oni inwestować w kraju, który w jednym roku ma jedną z najbardziej galopujących gospodarek na kontynencie, a w kolejnym musi walczyć, by odbić się od dna. Ten przykład pokazuje, ze żadna skrajność w gospodarce nie jest dobra, a państwa, które w zbyt krótkim czasie pragną nadrobić wieloletnie zaległości nierzadko po prostu dostają zadyszki tak dużej, że nie są już w stanie dalej funkcjonować. Wyrazem niepokoju społecznego były przechodzące ulicami największych litewskich miast manifestacje, które – gdy chodzi o przebieg – ustępowały tym, które odbyły się w Rydze czy w Tallinie.

W lepszych czasach rząd Litwy mówił o wprowadzeniu wspólnej waluty UE w roku 2014 lub 2015. Od co najmniej 2010 roku wiadomo, że jest to nie do zrealizowania, zresztą można przypuszczać, że nawet, gdyby Litwa spełniła kryteria konwergencji, Litwini nie przejawialiby nadmiernego entuzjazmu z powodu zmiany waluty. Mają już dość niepewności, podwyżek, braku stabilności gospodarczej. Jako główny powód rezygnacji z aspiracji do wstąpienia do strefy euro prezydent Dalia Grybauskaite wskazała konieczność wyrównania emerytur do wysokości sprzed kryzysu.

Warto wiedzieć, że to już drugie podejście Litwy do tematu wspólnej waluty. Kraj przymierzał się do wielkiej zmiany już w 2007 roku, na przeszkodzie stanęła jednak zbyt wysoka inflacja – o około zaledwie 0,3% przekroczyła maksymalny poziom dopuszczalnej inflacji. Litwini uznali to za przejaw złej woli ze strony Komisji Europejskiej. Złość może być zrozumiała, gdy wziąć pod uwagę fakt, że Włochy i Grecja zostały dopuszczone do klubu krajów euro landu na podstawie zapewnień, że zredukują swoje wielkie zadłużenie do poziomu 60% PKB. Jak wiadomo, Grecji się nie udało. Litwa, choć po 2008 roku także nie mogła pochwalić się doskonałymi wynikami gospodarczymi, takich problemów nigdy nie doświadczyła.

Mniejszość roszczeniowa czy dyskryminowana?

Wbrew oświadczeniom polityków, wygłaszanym w trakcie bilateralnych spotkań czy wspólnych obchodów (np. Święta Niepodległości w 2010 r.), sprawy polsko-litewskie przyjmują nie do końca satysfakcjonujący obrót. Punktem zapalnym są prawa mniejszości polskiej na Litwie. W maju 2010 roku litewski parlament uznał, że nakładanie kar finansowych za używanie polskich nazw ulic i miejscowości jest zgodne z prawem. Wcześniej stanowisko takie zajęła Litewska Państwowa Inspekcja Językowa, która nałożyła mandat na właścicieli dwóch firm przewozowych, którzy na tabliczkach umieścili dwujęzyczne oznaczenie trasy jazdy autobusów. Litewskich posłów nie przekonał nawet twardy fakt, że używanie dwujęzycznych napisów jest przewidziane w konwencji Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych, więc ma pierwszeństwo przed prawem krajowym. Należy pamiętać, że w zasadzie w całej Unii Europejskiej podwójne nazewnictwo na obszarach, gdzie występują duże skupiska mniejszości narodowych, jest standardem.

To niestety nie jedyny przykład łamania praw mniejszości – nierozwiązany pozostaje problem używania języka polskiego jako pomocniczego (obok litewskiego) w urzędach. Dotyczy to obwodów wileńskiego, solecznickiego oraz częściowo trockiego i święciańskiego – zamieszkałych przez znaczną grupę Polaków. Obowiązująca od 1995 roku ustawa o języku litewskim jest niezgodna z niektórymi postanowieniami ustawy o mniejszościach narodowych. Stosownie do jej uregulowań, nazwiska polskich obywateli mieszkających na Litwie mogą być zapisywane jedynie po litewsku. Polacy chcieliby zapisywać swoje nazwiska w brzmieniu oryginalnym. Na wszystkie przejawy łamania przez Litwę praw mniejszości polskiej zwrócił uwagę Związek Polaków na Litwie w wydanym w połowie lutego 2011 roku raporcie. Autorzy raportu zwrócili uwagę na przejawy nietolerancji, której przykładem jest wypowiedź wiceprzewodniczącego Komitetu Spraw Zagranicznych Sejmu Republiki Litewskiej Justinasa Karosasa. Zauważył on, że ten, komu nie odpowiadają porządki panujące na Litwie, może w każdej chwili wyjechać do Polski.

Znaczenie polskiej mniejszości i reprezentującej ją siły politycznej w postaci Akcji Wyborczej Polaków na Litwie (AWPL) w życiu społecznym kraju, potwierdziły wyniki lutowych wyborów samorządowych. Okazały się one dla AWPL ogromnym sukcesem, szczególnie w powiatach: wileńskim (65% głosów oddanych na Akcję) i solecznickim (70%), ale również trockim (19%) i święciańskim (13%). AWPL będzie także jedną z gł. Sił współrządzących samym Wilnem, gdzie uzyskała 15% głosów i dwukrotnie zwiększyła liczbę radnych. O antypolskich nastrojach mogą świadczyć m.in. pojawiające się w debacie publicznej stwierdzenia, iż po sukcesie AWPL stolicę kraju należałoby przenieść do Kowna.

Były prezydent Litwy, Valdas Adamkus oskarżył stronę polską o zepsucie wzajemnych stosunków. "Polska dzisiaj usiłuje zaistnieć wśród dużych państw, składając w ofierze wcześniejsze stosunki z Litwą" - powiedział w wywiadzie dla portalu Delfi. Na sporne zagadnienia w dwustronnych relacjach zwrócił uwagę prezydent Bronisław Komorowski w trakcie lutowej wizyty w Wilnie. Powiedział m.in. że „oczekiwanie tyle lat na wykonanie traktatu polsko-litewskiego jest rzeczą trudną do zrozumienia dla polskiej polityki”. Przypomniał też, że Polska od lat respektuje prawa mniejszości litewskiej, nie czyniąc problemów z dwujęzycznych nazw ulic czy pisowni nazwisk.

Nie tylko Polacy

Na Litwie żyje również duża mniejszość rosyjska – to około 220 tysięcy Rosjan, z których 75% przybyło na Litwę po 1945 roku. Stanowi to ponad 6% ogółu mieszkańców. Na Litwie działają rosyjskie stowarzyszenia i szkoły, a także partie polityczne, jednak w porównaniu z mniejszością polską Rosjanie są słabiej zorganizowani i mniej zainteresowani współdziałaniem dla realizowania wspólnych celów. To ciekawe, ale nawet na terenach, na których większość mieszkańców stanowią Rosjanie, w wyborach zwyciężają politycy startujący z list litewskich. Portal kresy24.pl zamieścił wypowiedź historyka z Uniwersytetu Wileńskiego, Grigorija Potaszenko. Tak wyjaśnił on nikłe zainteresowanie mieszkających na Litwie Rosjan otaczającą ich sytuacją polityczną: „Polacy wiedzą, czego chcą, a Rosjanie żyją w strefie kulturowej, polityka ich nie interesuje (…). Kompleks winy wobec Litwinów za zajścia z przeszłości również odgrywa sporą rolę”. Inny powołany w artykule ekspert wskazał, że „Trzeba rozumieć różnicę między Polakami i Rosjanami. Polacy — to autochtoni. Rosjanie w większości przyjechali z różnych regionów. Wśród Rosjan nie ma czegoś takiego jak solidarność narodowa”.

Sny o atomie

Podobnie jak pozostałe państwa regionu, Litwa notuje coraz lepsze wyniki gospodarcze, choć do stanu sprzed kilku lat jeszcze bardzo daleko. Dowodem na poprawiająca się sytuację niech będą podtrzymywane ambicje atomowe. Elektrownia ma powstać w miejscu zamkniętej Ignalińskiej Elektrowni Atomowej i ma być wspólną inwestycją litewsko-polsko-łotewsko-estońską. Budowa elektrowni ruszyła w 1974 roku. Planowano 4 reaktory, ale ostatecznie uruchomiono 2. Elektrownia zaopatrywała w energię także Łotwę, Estonię, Białoruś i obwód kaliningradzki . Wokół elektrowni powstało najmłodsze miasto Litwy - Visagina. Część ekspertów jest zdania, że elektrownia nie zagrażała bezpieczeństwu, mimo to Unia Europejska uznała ja za jedną z najniebezpieczniejszych elektrowni na świecie i uzależniła przyjęcie Litwy do swej struktury od zamknięcia Ignaliny. Po 26 latach funkcjonowania, 31 stycznia 2009 roku został zatrzymany ostatni reaktor.

Nie można określić, kiedy projekt nowej elektrowni zostanie zrealizowany, gdyż wciąż brak inwestora strategicznego. Do przetargu na budowę siłowni atomowej zgłosiło się tylko jedno konsorcjum, które w ostatniej chwili wycofało swoją ofertę. Trwają indywidualne rozmowy z inwestorami, ale żadna ze stron tych rozmów nie jest skora do podania bliższych szczegółów.

Należy mieć nadzieję, że sytuacja Polaków na Litwie faktycznie ulegnie zmianie, a nie będzie tylko tematem poruszanym przy kolejnych spotkaniach głów państw. Należy także wierzyć, że Polska oraz Litwa znajda język porozumienia i na arenie europejskiej będą działać jako partnerzy – znaczna część naszych interesów jest zbieżna, brak tylko języka porozumienia. Szkoda, bo przez wieki Polacy i Litwini we względnej zgodzie tworzyli wspólne państwo. Ta współpraca jest potrzebna obu stronom – zarówno podnoszącej się po ciężkim załamaniu gospodarczym Litwie, ja też Polsce, która dla przeforsowania swych pomysłów wciąż musi zyskiwać poparcie pozostałych członków UE.

Reklama